Edukacja historyczna



Historia to dla mnie przede wszystkim samodzielne badania otaczającego świata, nie powtarzanie bajek po innych - cudzymi czy własnymi słowami.

Jednym z problemów kształcenia historycznego jest to, że bazuje ono na złym rozumieniu słowa historia. Otóż nie oznacza ono "przeszłości". Historia nie jest nauką o przeszłości. Jest nią - jak sama nazwa wskazuje - archeologia (z gr. ἀρχαῖος archaīos – dawny, stary i -λογία -logiā – mowa, nauka). 



Słowo historia pochodzi od greckiego słowa ἱστορία (istoria), znaczącego „badanie, dochodzenie do wiedzy” oraz „wiedza zdobyta poprzez badanie”. Herodot, który jako pierwszy użył tego słowa odniósł je charakteru swojej pracy rozpoczynającej się słowami „Oto przedstawienie badań (gr.ἱστορίης ἀπόδεξις istories apodexis)”. Z niewiadomych przyczyn w polskim tłumaczeniu tytułu mamy słowo... "Dzieje". A był to po prostu opis świata, który go otaczał, który autor konstruował w wyniku samodzielnych badań. Oczywiście z uwzględnieniem przeszłości - ale to nie było sedno jego rozprawy.

Także drugi ojciec historiografii - Tukidydes - przedstawiał epokę, w której żył, zdarzenia, które obserwował, w których także brał udział. Podobnie inny wybitny historyk grecki Ksenofont. Jego dzieło "Anabaza" to opis zdarzeń, w których uczestniczył. Również najwybitniejszy historyk rzymski czyli Tacyt opisywał współczesne mu wydarzenia. Jego "Historie"  obejmowały lata 69-89 n.e., czyli okres który obserwował bezpośrednio. Inna z jego prac to po prostu rekonstrukcja życia jego teścia - Agrykoli.

Historia w pierwszym znaczeniu to dziedzina naukowa zajmująca się rekonstruowaniem działań i wytworów ludzkich. Historia w drugim znaczeniu to efekt tych rekonstrukcji, czyli opowieść o rozwoju człowieka, o działaniach ludzi, o ich relacji ze światem i społeczeństwem. O
powieść, którą tworzymy w wyniku analizy faktów. Którą może tworzyć każdy z nas. Oczywiście często dotyczy przeszłości. Najłatwiej opisać to, co już minęło. Ale może się odnosić także do teraźniejszości lub stanowić koncept odnoszący się przyszłości. 


Dlaczego historię ograniczamy głównie do tego co było 100-500-2000-5000 lat temu? Kiedy rozmawiam z moimi uczniami o tym co się obecnie dzieje w państwie - analizujemy historię. Kiedy tworzymy alternatywne wizje rozwoju społeczeństwa - też poniekąd konstruujemy teksty historyczne.

Z jakich kompletnie nieznanych mi powodów, historia została utożsamiona z tym, że kiedyś Mieszko walczył pod Cedynią a Ksekreses męczył Spartan. Tymczasem prawdziwa historia, w odniesieniu do tradycji ojców historiografii, to także (a może przede wszystkim) analiza aktualnych problemów społecznych, rozważania o współczesnej gospodarce, analiza konflikcie USA-Chiny, polityki PO-PiS, Rosji Putina, refleksje nad rozwojem współczesnej kultury i techniki, nad rolą smartfona i internetu. Czyli tego co jest teraz, co ma na nas wpływ. I skutków tych zdarzeń dla naszej przyszłości.

Może w ogóle powinniśmy odwrócić kształcenie historyczne. Czyli wyjść bardzo mocno od teraźniejszości, od otaczającego nas świata. Postarać się dogłębnie go poznać. A dopiero potem robić wycieczki w przeszłość, aby pokazać, że kiedyś ludzie zmagali się z podobnymi dylematami. I jakoś je rozwiązywali. Szukać analogii - ale do czegoś, co jest nam bliskie, co rozumiemy, co na nas oddziałuje.

APELUJĘ, BY ZACZYNAĆ OD TEGO, CO INTERESUJE UCZNIÓW. CO JEST DLA NICH WAŻNE. CO ICH DOTYCZY. 

Tymczasem mamy odwrotnie. W konsekwencji młody człowiek szybko zapomina o Peryklesie czy Stanisławie Auguście - bo nie tych postaci do czego odnieść. Jak mamy dostrzec analogie, skoro nie mamy wystarczającej wiedzy o tym, co jest wokół nas.

Jak to może inaczej wyglądać? Bierzemy konflikt na Bliskim Wschodzie. Analizujemy wojnę w Syrii i Iraku. Współczesny konflikt arabsko-izraelski. Śledzimy strony, ich argumenty, strefy wpływów. A potem zerkamy w przeszłość. Aż do Babilonii, wojen Aleksandra czy hidżry.

Albo - wgłębiamy się w współczesne spory polityczne. Poznajmy ich charakter i cechy. Analizujemy język polityków. Manipulację i perswazję. Spoglądamy w złożoności demokracji. Testujemy rozwiązania demokratyczne w klasie szkolnej. A potem się cofamy - aż do Grecji, żeby poznać korzenie demokracji, ale też demagogii.

Taki model wg mnie byłby bardziej zgodny z naszymi schematami myślenia i przetwarzania informacji. 80 procent czasu przeznaczonego na edukację historyczną powinno zostać przeznaczone na rekonstrukcje i opis życia ludzi do trzech generacji wstecz. Resztę można przeznaczyć na wycieczki w czasy archaiczne, czyli przed 1939 rokiem, dla lepszego zrozumienia kontekstu teraźniejszości.

Jestem zdecydowanym przeciwnikiem układu chronologicznego w nauczaniu historii. Wolę problemowy. Porównajmy to do układania puzzli. Ich układ ma oczywiście znaczenie. Ale przecież nie układamy puzzli według narzuconej przez kogoś kolejności. Nie zaczynamy od puzzla na samej górze po lewej, do którego dokładamy kolejne elementy według instrukcji.


Układamy od elementów najbardziej wyrazistych. Takie które nam coś mówią, Z czym się kojarzą. Dopiero do nich dokładamy pasujące fragmenty według naszej własnej intuicji, za pomocą prób i błędów. Czasem takich ośrodków jest kilka . Dopiero na koniec udaje nam się połączyć w całość. I chaos nabiera kształtu.
Podobnie jest z uczeniem historii. Zaczynam od elementów najbardziej wyrazistych, takie które interesują uczniów, które im coś mówią Z czym się kojarzą. Dopiero do nich doklejam kolejne cząstki w oparciu o rozpoznanie grupy.


A co ze zrozumieniem procesów historycznych? A dlaczego nie może się uczyć o procesach historycznych na podstawie tego, co się wydarzyło w ostatnich 30-40 latach i w czym uczestniczyli rodzice uczniów?  Ma świadków historii w domu - czemu z tego nie korzystać?


To jest prawdziwa historia (według przyjętych powyżej założeń), a nie bajki, co do których sami badacze nie mają pewności (ale w podręcznikach są oczywiście przedstawiane jako wersję kanoniczne).
Uczniowie w V  klasie uczą się o powstaniu ludowym za Mieszka II. W podręczniku wszystko ładnie rozpisane. Ale ile w tym adekwatności? Jak mamy się uczyć na podstawie czegoś, co w ogóle nie wiadomo jak wyglądało? Na podstawie jednego zdania w Kronice Nestora? Nawet nie wiadomo, kiedy to powstanie było, a co dopiero czym zostało spowodowane. To raczej tworzenie sobie opowieści, aby nam pasowała.


Jak uczeń ma się uczyć o procesach i wynikanie przyczynowo-skutkowym na podstawie interpretacji, które są głównie konstrukcją, narracją zbudowaną w celach dynastio-, państwowo-, narodowo-, twórczych? W oparciu o Galla Anonima, czyli kronikarza wynajętego przez Krzywoustego do napisania hagiografii? Przecież zamiast tego równie dobrze mógłby się uczyć procesów na podstawie sagi "Lodu i Ognia" Martina.

A co ze zrozumieniem teraźniejszości przez przeszłość? Twierdzenie, że uczniowie muszą przejść kilkuletni proces kształcenia począwszy od Mezopotamii aby móc zacząć z nimi rozmawiać o historii XX wieku to j
eden z najbardziej absurdalnych mitów edukacji historycznej.

Prowadziłem fascynujące dyskusje z uczniami o hitleryzmie, komunizmie PRL-u itd. mimo że nie mieli pojęcia o Łokietku, Batorym, powstaniu listopadowym czy polskim ruchu agrarnym. Nie bardzo widzę w jakim sposób wiedza o powyższych tematach wzbogaciłaby ich refleksje podczas tych dyskusji. Można zrozumieć przemiany po okrągłym stole bez poświęcenia pół roku na studiowanie historii średniowiecza.

Ile czasu tracimy przez przywiązanie do chronologicznego układu treści. Dopiero w 8 klasie uczniowie dochodzą do tematów propagandy, sterowania umysłami, jakie ćwiczono na ich dziadkach. Wcześniej poświęcają całe 3 lata na rekonstruowanie jak wyglądały zamki w średniowieczu, jakie sporty uprawiali Grecy, jak wyglądał strój legionisty, jakie przywileje i gdzie dał szlachcie któryś z Jagiellonów, gdzie i kogo pobił Czarnecki itd. Sam nie mam pojęcia czym się różnił przywilej nieszawski od czerekwickiego. A męczymy tym dzieci w szkole.

Jak ktoś chce sobie poszperać o bitwie pod Grunwaldem to trzeba mu dać namiary i niech sobie szpera. Na YouTube jest mnóstwo materiałów na ten temat. Poświęcenie temu czasu w szkole to odwracanie uwagi od tego, co istotne. To pozostałość po czasach Gomułki, gdzie trzeba było manipulować społeczeństwem, budując niechęć do RFN.

Poświęcenie polskim Piastom więcej niż dwóch lekcji to działalność kontredukacyjna. Te bajki mają nas odciągnąć od analiz współczesnego świata.

Historię postrzegam jako narzędzie ułatwiające zrozumienie, a nie jako zestaw mitów i legend, za pomocą których odrywa się ich od myślenia i odciąga od refleksji nad rzeczywistością.
A co z wiedzą o naszych korzeniach? To jest komiczne, kiedy od uczniów wymaga się dat dotyczących Bezpryma czy Krzywoustego i nazywa to "uczeniem o korzeniach", a pomija niemal współczesność.

A potem uczniowie więcej wiedza o tym, co zrobił Śmiały niż jak żyła ich prababcia, dlaczego dziadek był na robotach w Austrii, w jakich warunkach ekonomicznych funkcjonowali jego rodzice itd. 


A potem młodzież nie ma pojęcia o tym, co wydarzyło się w Polsce w ciągu ostatnich 40 lat. I daje sobie wciskać kity. Albo obojętnieje wobec tego, co się dzieje. Zajęta wkuwaniem dat z XVI wieku. Czy taki jest cel?

Przestańmy zawracać młodzieży głowę rzeczami bez znaczenia. Faszyzm puka do bram? Władza rekonstruuje system partyjny z PRL-u? TVP maninipuluje ludźmi jak za Gierka? Prawda to czy nie prawda? Żeby to ocenić, musimy rozumieć, co się dzieje.

To o tym trzeba mówić w szkole. Trzeba pokazywać nawiązania. Bez indoktrynacji. Niech będą debaty oksfordzkie. Brońmy różnych tez. Ale niech punktem wyjścia będzie to, co nas otacza.

Wychodźmy od tego, co bliskie. Czym żyjemy.
Edukację historyczną trzeba zaczynać od dzisiejszego dnia.
I ewentualnie - w razie potrzeby - przeskakiwać do wydarzeń z dalekiej przeszłości.
Wydarzenia bliższe są dużo łatwiej dostępne uczniowi. Może na własną rękę rekonstruować świat ludzkich działań.  Może:
- sam robić wywiady,
- sam analizować materiały,
- sam szperać w źródłach,
- sam studiować przekazy medialne. 
- sam prowadzić mikrobadania na swoimi przodkami,

Ma do dyspozycji dużo więcej źródeł. Może robić różnorakie analizy w oparciu o różnorodne dane. Potwierdzone w różnych dokumentach. 

Tego wszystkiego nie można robić w oparciu na przykład o Piastów. Tu trzeba tylko wyuczyć się gotowych choć niepewnych faktów. Lub dyskutować na podstawie cudzych gdybań.
Moje obserwacje, z edukacji szkolnej są takie, że uczniowie nie mają przestrzeni do analizy i krytyki źródeł. Oczywiście na dwóch trzech lekcjach im się powie, że to jest ważne, ale potem już maja przyswajać treści z podręczników.

Oczywiście nie twierdze, że uczniowie mają kompetencje, by poddać krytyce np. Kadłubka. Albo odkryć nowe fakty o Powstaniu Kościuszkowskim. Ale dlatego trzeba im tworzyć sytuacje, w których mogą analizować to, do czego mają kompetencje, bo jest np. dużo źródeł i mogą porównać.

Wolałbym ucznia, który umie przeanalizować źródła i odkryć coś samemu - na przykład o swojej rodzinie, od tego, który  płynnie recytuje daty z XVI wieku.

To byłoby fantastyczne, gdybyśmy większość lekcji historii poświęcali na to, by uczniowie samodzielnie rekonstruowali pewne zdarzenia (np. o historii swojej rodziny, albo rozwoju techniki, coś do czego mają dostęp) na podstawie analizy źródeł, krytycznej, na podstawie wywiadów z ludźmi. By uczyli się przede wszystkim warsztatu. By zobaczyli jakie są ograniczenia.
Niech podzielą między siebie zadania. A potem niech połączą swoje odkrycia w całość. I stworzą historię.

Dla mnie szkolna historia to przede wszystkim przedmiot uczący krytycznego myślenia i kooperacji. Dlatego boli mnie, kiedy widzę jak 9 lat jest przeznaczane na wkuwanie danych z zamierzchłej przeszłości, po których niewiele uczniom w głowach zostaje. 

Jeśli mamy trzymać się pierwotnego znaczenia słowa historia - czyli wiedza zdobyta przez badanie - to po prostu pozwólmy uczniom badać. Zamiast wczytywać się w odgórnie narzucone interpretacje.
Tylko wtedy historia ma sens.


Tylko wtedy różni się od serialu w stylu Gry o Tron.


Tomasz Tokarz

Komentarze

Popularne posty