Ministerstwo ponad wszystko




Jak stan nauczycielski ma się wybić na suwerenność, skoro nawet za dzień swojego święta uznał datę powołania MINISTERSTWA, scentralizowanego molocha, który zasłynął głównie niewyobrażalnymi wręcz malwersacjami (90% majątku, które miało zostać przeznaczone na szkoły zostało rozkradzione).

Pierwszy minister tzw. edukacji (Ignacy Massalski) był zdrajcą i złodziejem, skazanym potem przez społeczność Warszawy (w krótkiej chwili wolności czasu insurekcji kościuszkowskiej) na śmierć przez powieszenie. Głowę dał zresztą także jego zastępca w KEN - Michał Poniatowski. Wyroku śmierci uniknął (tylko dlatego, że już przed insurekcją został skazany na wygnanie), blisko z nimi związany Adam Poniński, zdrajca opłacany sowicie przez Rosję, który zajmował się w praniem pieniędzy i rozdzielaniem fruktów (członek komisji ds. majątku jezuitów, który miał trafić, a dziwnym trafem nie trafił, do szkół). Wzbogacili się na edukacji także inni pracze (także płatni agenci caratu) - Andrzej Młodziejowski czy August Sułkowski. I wielu innych...

Nie zaskoczę was chyba przypominając że byli to dokładnie ci sami ludzie, którzy dokładnie w tym samym roku przeprowadzili pierwszy rozbiór Polski.

Czasem mam wrażenie, że KEN powstał głównie po to... by zdefraudować majątek jezuitów. By biskupi, którzy stali na czele KENu mogli się do niego dobrać. W efekcie z majątku jezuitów wartego 32 mln zł do Komisji trafiło ostatecznie 10%. Gdzie podziała się reszta. No jakoś tak znikła.

No dobra powiecie: kradli, oszukiwali, malwersowali, ale jednak coś wielkiego uczynili. Nie ma chyba kwestii bardziej zmitologizowanej w historii polskiej edukacji niż KEN. Gdyby spytać przeciętnego nauczyciela co takiego zrobiło to pierwsze ministerstwo w Europie, że warto tak czcić jego powstanie, z jakiej okazji te kwiatki i apele, to na 99% zapadnie głucha cisza - bo właściwie nie wiadomo.

Te 1% coś tam może ktoś powie o podstawach czy kilku podręcznikach (tak, podstawy programowe i podręczniki ostoją polskiej edukacji). No tak trzeba było pokazać, że się niby robi, to te kilka podręczników przez kilkanaście lat się wydało (i przy okazji dało się zarobić kolegom). 
Idźmy dalej - mamy jeszcze reorganizację już istniejących szkół. Reorganizacja dla samej reorganizacji to stara polska tradycja, którą kontynuowała Anna Zalewska, ale w 1773 reorganizacja służyła głównie znalezieniu pretekstu do przewałkowania kasy.

Stworzenie szkół elementarnych? Przecież były już przed KENem. W 1773 roku było ich 175. Ok, muszę przyznać, że w pierwszym okresie istnienia KEN nieco ich przybyło. W 1782, po dziewięciu latach działania Komisji ich liczba wzrosła do 250. Tyle że potem już liczba spadała...

I czy rzeczywiście można mówić o przełomie mentalnym? Szkoły elementarne zakładano, by łatwiej indoktrynować chłopów. Zgodnie zresztą z ustawą Komisji.

Czytam sobie Ustawę KEN i z niej dla mnie jasno wynika, że rozwijanie szkół elementarnych nie służyło emancypacji mas, tylko... utrwaleniu ich pozycji społecznej. Chłopi mieli umieć czytać i pisać, by bardziej efektywnie zapierniczać na polu pana. I by zrozumieli, że ich losem jest służenie właścicielowi i plebanowi. Bo przecież nikt nie mówił o zniesieniu pańszczyzny. Chłopi dalej pozostawali niewolnikami.

W ustawie z 1783 roku ("Ustawa KEN dla stanu akademickiego i na szkoły") wskazywano, że celem szkół elementarnych było "oświecenie ludu wokół religii (!) i około powinności stanu [chłopskiego] (...) Każdy chętniej i dokładniej wykona obowiązki swoje [...] kiedy go nauczą, jako i dlaczego podległym być należy". Takie to było oświecanie. 

Jak czytamy kluczowy dokument wychowawczy KEN czyli "Nauka obyczajowa" Piramowicza to wynika z niej jasno, że chodziło o "wychowanie dzieci wiejskich na wiernych poddanych, znoszących z pokorą swą niewolę, wyzbytych jakichkolwiek pragnień zmian na lepsze" (cyt. za Historia wychowania, red. Kurdybacha, s. 687)

Zadaniem KEN było utrwalenie mentalności folwarcznej. Niewolnik musiał umieć czytać, by rozumieć instrukcje oraz liczyć, by wyrachować ile musi oddać panu w czynszu. Jakby sam umiał czytać, to by można mu był wysyłać pisma co ma robić i można zaoszczędzić na nadzorcach. Natomiast chłop nie miał czytać rzeczy, które by mogły zbałamucić. 

A tak pisano o posłuszeństwie wobec nauczyciela: "kiedy się nauczysz za młodu słuchać starszych, nie będzie Ci przykro w dalszym wieku być podległym prawu i zwierzchności, pod którą Cię wola Boska podda. Każdy musi mieć kogoś nad sobą i znać wyższą władzę". Czyli wychowanie w posłuszeństwie. 

Co my tak serio świętujemy 14 października?
Największą aferę korupcyjną I RP?

Zatem - no fajnie, powstało MINISTERSTWO.
Podjęto próbę centralizacji edukacji.
Tyle, czy to było jakieś przełomowe wydarzenie jeśli chodzi o realne oświecanie społeczeństwa?

Rozumiem kult KEN za sanacji - bo opiewali wszystko, co państwowe i sami tworzyli ministerialne molochy.
Rozumiem kult KEN za komuny - bo opiewali wszystko, co było państwowe i dodatkowo zastąpiło szkoły katolickie.
Ale dzisiaj? Co w niej pociągającego?

Czyżby sam fakt przekształcenia nauczycieli w urzędników jest wystarczający, by opiewać KEN?

Czy naprawdę nauczyciele nie istnieli przed powołaniem ministerstwa?
Czy dopiero jego istnienie nadało nauczycielskiej profesji wartość?
Czy najważniejszym atrybutem tego szlachetnego zawodu ma być istotnie status funkcjonariusza państwowego?

Tomasz Tokarz



Komentarze

Publikowanie komentarza

Popularne posty